Watching the world: Amerykański sen | cz. 2

„Co istotne – wydaje się, że ich [Amerykanów] myślenie, sposób bycia, spędzanie wolnego czasu czy podejście do wielu kwestii w dużej mierze determinowane są przez zlepek innych nacji – począwszy od Meksykanów, Azjatów, skończywszy na Europejczykach.”

W poprzedniej części cyklu wspominałam już o tym, że Los Angeles jest także miejscem wielu kultur. Spotykają się tam ze sobą Chińczycy, Japończycy, Armeńczycy, Meksykanie czy Żydzi. W obecnej sytuacji, pewnie niejeden z Was – czytelników – zapytałby o to, czy skupisko tak wielu różnych narodowości jest zarzewiem jakiegokolwiek konfliktu. Nie mam zamiaru pisać o tym z takiej perspektywy, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że społeczności meksykańskie czy chińskie funkcjonują tak naprawdę w ramach swojej własnej kultury, tradycji i zwyczajów. Swego rodzaju hermetyczność może z jednej strony uniemożliwiać asymilację. Z drugiej jednak – co najistotniejsze w moim przekonaniu – sprawia, że jeśli już znajdziemy się na przykład w Chinatown, mamy szansę zobaczyć Chinki ubierające się według swoich upodobań, wejść do sklepu z doskonałą chińską herbatą lub do knajpy, w której serwowane są tradycyjne potrawy przygotowywane z największą starannością. W chińskiej dzielnicy usłyszymy język, który nie tylko zabrzmi z ust mieszkańców, ale będzie widniał na billboardach, w witrynach sklepowych. To jest ta cząstka kultury, która w jakimś wycinku jest swoista i autentyczna. Podobnie jest w przypadku dzielnicy japońskiej. Czy są to miejsca, które nastawiają się na turystyczne wrażenie? W jakimś stopniu tak, ale dzięki temu chociażby Japończyk ma dostęp do tego wszystkiego, co dla niego stanowi element tożsamości. Ja mogłam zjeść rewelacyjne lody mochi, ale ów Japończyk ma poczucie tego, że nadal jest u siebie, bo będąc w LA też zje tradycyjny deser kuchni japońskiej. Tak się dzieje począwszy od zwykłych spożywczych marketów, poprzez knajpy, skończywszy na miejscach, w których dana społeczność spędza czas wolny.

fot. Monkyponk

„>>There is, take it<< to słowa Williama Mulhollanda, twórcy akweduktów, dzięki którym jedno z największych miast na świecie mogło się rozwijać i mimo niekorzystnego położenia mieszkańcy LA mogli mieć dostęp do wody. Słowa Mulhollanda można także odnieść do emigrantów, którzy mogli brać wszystko to, co było im dostępne i tworzyć następnie na innych ziemiach nową społeczność.”

Nie ma nic cenniejszego jak możliwość poznania innych kultur. Wówczas jesteśmy otwarci na innych, jesteśmy świadomi różnic, zaczynamy rozumieć złożoność wielu problemów oraz zachowań. Budowana jest tolerancja, która jest dostrzegalna na poziomie codzienności. Chinka w sklepie z herbatami z ogromną radością pokaże ci wszystkie rodzaje tych herbat czy kaw. Chce sprzedać – pewnie tak, ale przy tym jest serdeczna i z niewymuszonym zaangażowaniem otwiera kolejne pojemniki z rewelacyjnie pachnącymi herbatami. Nie można tego rzecz jasna generalizować, ponieważ każdy człowiek to odmienny charakter, mający własną autonomię i prawo do różnych poglądów. Czyż nie?

USA to kraj od wieków budowany przez emigrantów, którym stwarzano możliwość dotarcia do Ameryki. W tym dotarcia do Kalifornii i Los Angeles. „There is, take it” to słowa Williama Mulhollanda, twórcy akweduktów, dzięki którym jedno z największych miast na świecie mogło się rozwijać i mimo niekorzystnego położenia mieszkańcy LA mogli mieć dostęp do wody. Słowa Mulhollanda można także odnieść do emigrantów, którzy mogli brać wszystko to, co było im dostępne i tworzyć następnie na innych ziemiach nową społeczność. Jakikolwiek naród budowany od wieków na zlepku kultur, tradycji, religii itp. zawsze jest narodem otwartym.

fot. Monkyponk

Mariachi, burritos i tacos. Znaczną część mieszkańców LA stanowią Meksykanie. To dzięki nim właściwie powstała stolica Kalifornii. Osiedlający się, w XIX wieku w obecnie historycznej dzielnicy El Pueblo, Meksykanie byli fundatorami miasta.

Meksykanie są chyba najmniej zamkniętą i najmniej rzucającą się w oczy grupą mieszkańców; często biedniejszą. Istnieje sporo dzielnic zamieszkiwanych przez nich, które raczej już nie są tak charakterystyczne jak  Chinatown czy Little Tokyo. Meksykanie są odbierani jak statystyczni przeciętni obywatele. Ale, jeśli chcesz spróbować prawdziwe burritos, to udaj się człowieku, do niepozornej, lekko zapyziałej meksykańskiej knajpy, a wtedy zdasz sobie sprawę, że nigdzie lepszego burritos już nie zjesz.

fot. Monkyponk

All across the nation such a strange vibration„.  Zostawiam Was z tą myślą. Zachęcam do dyskusji i podzielenia się własnymi odczuciami. Może byliście w USA i macie mnóstwo interesujących historii do opowiedzenia?

A jak ktoś nie czytał pierwszej części, to gapa, więc zapraszam tymczasem – Amerykański sen | cz. 1

Zdjęcie wpisu: Monkyponk

Jedna myśl na temat “Watching the world: Amerykański sen | cz. 2

Dodaj komentarz