Watching the world: Amerykański sen | cz. 1

Podróż do Ameryki, czyli podróż marzeń

 

Podróż do krainy marzeń wielu Polaków (i nie tylko), czyli podróż do Ameryki, miała miejsce już cztery lata temu. Dlaczego piszę o niej dopiero teraz? Z jednej strony to błaha przyczyna związana z ciągłością bloga. Z drugiej – perspektywa, pozwalająca mi z dystansem spojrzeć na wiele zjawisk, które mogłam zaobserwować będąc na ziemiach dawnych Indian.  Poza tym  zawsze warto mieć ciekawą reminiscencję, do której chętnie się wraca.

Oczywiście przesadą byłoby stwierdzenie, że zobaczyłam USA od podszewki. Mój pobyt trwał miesiąc, ograniczał się do jednego stanu, jakim jest mityczna dla wielu Kalifornia, ale pozwolił na zobaczenie namiastki tak zwanego klimatu państwa, a dzięki temu, miałam szansę choć trochę zrozumieć mentalność Amerykanów. Co istotne – wydaje się, że ich myślenie, sposób bycia, spędzanie wolnego czasu czy podejścia do wielu kwestii w dużej mierze determinowane są przez zlepek innych nacji – począwszy od Meksykanów, Azjatów, skończywszy na Europejczykach.

Podróż do Amerykifot. Monkyponk

O czym myślałam, kiedy przez siedemnaście godzin leciałam z Katowic do Los Angeles? Zbyt wiele starałam się sobie nie wyobrażać. To znaczy, jak najbardziej, zastanawiałam się nad tym czy ujrzę krainę marzeń, czy Amerykę taką, jakiej obraz miałam wypracowany w głowie na podstawie chociażby różnych filmów. Chyba to drugie przeważało. Tak, zdecydowanie chciałam zobaczyć taką Amerykę, która jest krajem wielu kultur, wielu sprzeczności, piękna i brzydoty, kiczu i luksusu. Tę Amerykę, w której sporą część społeczeństwa stanowią Afroamerykanie; Amerykę tolerancyjną i rasistowską; Amerykę z burgerami i mnóstwem innym elementów tworzących jej kulturowy obraz oparty na pewnych stereotypowych przekonaniach. Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że taką zobaczyłam. Obraz byłby bez wątpienia inny, gdybym odwiedziła inne miasto, inny stan, ale to Kalifornia zagwarantowała mi napawanie się tym wszystkim, co chciałam dostrzec i co jasno pokazało mi, jakim państwem jest USA, przynajmniej częściowo.

Na początku mojego pobytu pojechałam do Hollywood. Wiązało się to z ogromną dozą ekscytacji. Spokojnie, ekscytacja bardzo szybko opada, ale ciekawość wzrasta. Przenikające się kolorowe neony, czerwony dywan, ręce hollywoodzkich gwiazd odbite w betonowym bruku. Powiew dziwnego przytłaczającego luksusu, który zdaje się być niedostępny dla przeciętnego śmiertelnika jakby odgrodzony był niewidzialną szybą, a przy tym kicz, sporo ulicznego syfu i młodzi ludzie – być może przyszłe gwiazdy małego lub dużego ekranu, które w różny sposób starają się przebić tę niedostrzegalną na pierwszy rzut oka szybę.  Robią z pewnością wiele po to, żeby zaistnieć w tym świecie samospełniających się marzeń.  Tak, to da się zauważyć nawet wśród siedemnastolatków, może dwudziestolatków, grających, śpiewających na ulicach Hollywood. Oni naprawdę śmiało pretendują do bycia kolejną Paris Hilton w wersji żeńskiej lub męskiej. Pewnie tylko nieliczni wejdą na wyższym poziom artystycznego wtajemniczenia. A może będzie całkiem odwrotnie? Nie mnie to oceniać.

„Jednak warto dostrzec ogrom kontrastów pomiędzy grupą przeciętnie funkcjonujących osób, które zmuszone są naprawdę ciężko pracować na swoje utrzymanie, a tymi, którzy obracają dużymi kwotami pieniędzy zarobionymi w różnych profesjach, zamieszkujących na przykład Beverly Hills.”

 

Miasto, w którym przemysł filmowy jest zdecydowanie na pierwszym miejscu, jest pełne blasków i cieni, z czego jednak nie do końca zdajemy sobie sprawę widząc Kalifornię z zewnątrz – na przykład przez pryzmat wszelkich mediów. Myślimy raczej o LA jako o miejscu, w którym żyją zdecydowanie wysoko sytuowani ludzie. Owszem, nie da się ukryć, że tak w dużej mierze jest. Jednak warto dostrzec ogrom kontrastów pomiędzy grupą przeciętnie funkcjonujących osób, które zmuszone są naprawdę ciężko pracować na swoje utrzymanie, a tymi, którzy obracają dużymi kwotami pieniędzy zarobionymi w różnych profesjach, zamieszkujących na przykład Beverly Hills. Innym ciekawym aspektem jest życie emigrantów z różnych części świata czy Meksykanów stanowiących znaczą grupę mieszkańców samego Los Angeles. Czarni, Meksykanie, po części Azjaci często zajmują się pracami fizycznymi. A to są ogrodnikami, a to pracują w najbardziej zwyczajnym sklepie spożywczym lub sprzedają tacos czy burritos. Jest to zauważalne na pierwszy rzut oka, choć oczywiście zależne również od tego, w jakiej dzielnicy LA się znajdziemy. Z kolei o życiu emigranta, Polaka, Europejczyka, zbyt wiele nie napiszę, bo moja perspektywa jest jedynie perspektywą obserwatorki z zewnątrz. Zatem sądzę, że obraz mógłby być nieco wypaczony i jednostronny.


Podróż do Ameryki

fot. Monkyponk

 

„Ponadto Polacy – co wydaje mi się, że niestety jeszcze w jakimś stopniu przekłada się na następne pokolenia – konsekwentnie wyznają dziwny etos człowieka, o którego wartości stanowi skromność, uniżoność i do skrajności doprowadzona pokora, bo >>pokorne ciele dwie matki ssie<< albo >>stój w kącie, a znajdą cię<<.”

 

Ameryka kojarzy się ze wszechobecnym luzem. Myślimy, że tam ludzie nie mają trosk, nie zagadują się własnymi problemami, nie narzekają na pogodę, prezydenta czy dziury na drogach. Za to są wiecznie uśmiechnięci, pozytywni i otwarci na innych. Kto z Was tak myśli? Poniekąd oczywiście tak jest. Poza tym Kalifornia temu sprzyja z tak banalnego powodu jakim jest klimat – słońce, 40 stopni na termometrze, ocean i plaże w Malibu czy w Santa Monica, a tam wiecznie zadowoleni surferzy, których jedynym zmartwieniem jest to, czy będzie odpowiednio wysoka fala. To też inna mentalność społeczeństwa, które jeśliby porównywać do nas Polaków, nie miało wpajane, że jest słabe, niemające suwerenności i możliwości rozwoju. Ponadto Polacy – co wydaje mi się, że niestety jeszcze w jakimś stopniu przekłada się na następne pokolenia – konsekwentnie wyznają dziwny etos człowieka, o którego wartości stanowi skromność, uniżoność i do skrajności doprowadzona pokora, bo „pokorne ciele dwie matki ssie” albo „stój w kącie, a znajdą cię”. Wbrew tym prawdom przekazywanym przez kolejne generacje babć i matek, wcale się tak nie dzieje. I często jednak ten kto stoi w kącie, nie zostaje znaleziony, a osoba pokorna traci wiele szans, które mogłaby efektywnie wykorzystać. Wracając od tej  krótkiej dygresji do Amerykanów, to niewątpliwie są oni narodem być może słabiej wykształconym (jeżeli wziąć pod uwagę przeciętnego obywatela) lub wykształconym bardzo specjalizacyjnie, to ich optymizm codzienności jest czymś niezwykle dojmującym. Może się wydawać, że jeśli na każdym kroku pytają „How are you?„, to jest to sztuczne i nie powodowane faktyczną chęcią zdobycia informacji o czyimś samopoczuciu. Niemniej pytają! I uśmiechają się do drugiego człowieka. Może nie chcą iść z nim od razu na kawę, ale nie zmienia to faktu, znacznie łatwiej się funkcjonuje w społeczeństwie, które na co dzień jest otwarte na inną osobę. Czasem jest to zwyczajna kurtuazja, ale da się szybko odczuć, że Amerykanie mają w sobie dużo więcej luzu i poczucia też własnej wartości. To są oczywiście istotne różnice kulturowe, które nie są winą jednego czy drugiego człowieka. Są to różnice wypracowane przez swego rodzaju doświadczenie narodowe, polityczne, społeczne. Trzeba również pamiętać, że co stan, to obyczaj. Zatem USA to kraj sprzeczności, przez co bardzo interesujący, ekscytujący i pewnie dlatego będący obiektem fascynacji dla wielu ludzi.

W kolejnej części kilka słów o wielokulturowości, wpływie innych społeczności i tego, jak te społeczności funkcjonują w Los Angeles.

Zdjęcie wpisu: Monkyponk

2 myśli na temat “Watching the world: Amerykański sen | cz. 1

Dodaj komentarz